.: Strona Główna
 .: Forum
 .: O Stronie
 .: Dołącz do BatCave
 .: Wyszukiwarka


 .: Batman: The Movie
 .: Catwoman

 .: Batman
 .: Batman Returns
 .: Batman Forever
 .: Batman & Robin

 .: Batman Begins
 .: The Dark Knight
 .: The Dark Knight Rises

 .: Batman: Mask of the
 Phantasm
 .: Batman & Mr. Freeze:
 Subzero
 .: Batman & Superman:
 The World Finest
 .: Batman Beyond:
 Return Of The Joker
 .: Batman: Mystery of
 the Batwoman
 .: Batman: Gotham
 Knight

 .: Zawieszone
 .: Fanfilms


 .: Seriale Animowane
 .: Seriale TV


     .: INNE :: FANFICTION :: BATMAN :.

To wszystko zaczęło się 12 lat temu. Cały dzień zbierało się na burzę. Gęste chmury zakrywały ponure niebo nad Gotham City. Ten dzień miał zapaść mi w pamięć na całe życie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że tego dnia ostatni raz przytulę się do rodziców. Wieczorem tato zabrał mnie i mamę do teatru. Bawiliśmy się wspaniale. Jednak taki stan rzeczy nie miał trwać długo. Ta chwila nigdy w życiu nie miała się więcej powtórzyć. Nie chciałem tego, lecz to się stało. Wracaliśmy do samochodu. Mój ojciec wybrał drogę na skróty. Wiedział, że wata cukrowa jest dla mnie wszystkim. Zatrzymaliśmy się przy jednej z budek ze słodyczami. Dookoła panował mrok. Lampy rozświetlały ulice zatłoczonego miasta. Wata cukrowa smakowała mi jak nigdy wcześniej. Wolnym krokiem wracaliśmy do samochodu. Na mojej twarzy rozciągał się szeroki uśmiech. Nagle wszystko, co było dla mnie najważniejsze przeminęło. Zza rogu wyszedł jakiś mężczyzna. Zaczepił nas i poprosił o kilka dolarów. Pamiętam, że tato złapał mnie i mamę mocniej za ręce. Przyśpieszył kroku nie zwracając uwagi na osobnika. Ten złapał mojego ojca za ramię i obrócił go w swoją stronę. Nie dał żadnego ostrzeżenia. Nic. Całe moje szczęście zostało przerwane przez dwa głośne huki. Spojrzałem na moich rodziców. Ich ciała powoli opadały na ziemię, a przede mną stał najgorszy upiór, jakiego w życiu spotkałem. Mężczyzna złapał za płaszcz mojego ojca i zaczął go przeszukiwać. Z naprzeciwka nadjechał radiowóz policyjny na sygnale. Napastnik spłoszył się i nie zwracając na mnie uwagi, uciekł. Zostałem zupełnie sam. Całe moje życie legło w gruzach. Stałem tam bezradny i wpatrywałem się w moich rodziców. Wata cukrowa leżała w kałuży.
-Paniczu Bruce. Paniczu Bruce!
-Eee... tak Alfredzie?
-Jesteśmy na miejscu. Wayne Enterpirses czeka na pana - dodał Alfred i otworzył drzwi od samochodu. Z środka wysiadł Bruce Wayne, 23-letni mężczyzna, multimilioner, spadkobierca fortuny Wayne'ów, prezes jednej z największych korporacji na świecie. Przed wejściem do budynku stał Lucjusz Fox, najbliższy przyjaciel Thomasa Wayne'a, ojca Bruce'a, obecny wiceprezes firmy Wayne'ów i przyjaciel rodziny.
-Bruce. Cieszę się, że jesteś - zaczął.
-Witaj Lucjusz - odparł i podał mu rękę.
-Zapraszam do środka - zaproponował Fox gestem ręki. - Jak zapewne wiesz, zgodnie z wolą twojego ojca po skończeniu szkoły otrzymujesz 89% udziałów w firmie i stajesz się pierwszy prezesem.
-Tak, wiem o tym - odparł Bruce idąc wielkim holem - Jednak nie zamierzam jeszcze brać interesu w swoje ręce - dodał.
-Słucham?
-Firma dobrze sobie radzi pod twoim kierownictwem. Po prostu będę się biernie przyglądał, zanim obejmę dziedzictwo Wayne'ów.
-To twoja decyzja, Bruce. Zawsze byłem lojalny twojemu ojcu i tobie również będę.
-Dziękuję Lucjusz - w kilka minut po tej rozmowie wracałem już do domu. Ogromna posiadłość za miastem czekała na mnie, aby dalej budzić we mnie wspomnienia o rodzicach.
Bruce patrzył przez okno w samochodzie. Alfred skupił się na jeździe, lecz cały czas spoglądał zmartwionym wzrokiem na swojego pana. Deszcz powoli zaczął padać. Z początku lekka mżawka, lecz z każdą minutą coraz mocniejszy, aż w końcu zamienił się w ulewę. Alfred zatrzymał się najbliżej wejścia, jak to było możliwe. Na wielkim placu z fontanną, przed ogromnymi drzwiami do posiadłości Wayne'ów. Chwilę później Bruce siedział w fotelu, w salonie. Alfred przyniósł mu herbatę.
-Proszę się napić, zanim złapie pan jakieś przeziębienie.
-Dziękuję Alfredzie - odparł i chwycił w dłonie ciepłą filiżankę.
-Coś pana martwi paniczu Bruce?
-Wspomnienia Alfredzie, wspomnienia.
-Dziś jest wielki dzień, nie powinien pan wracać do przeszłości. Skończył pan szkołę. Życie stoi przed panem otworem.
-Wiem Alfredzie. Chciałbym teraz pobyć sam.
-Jak sobie pan życzy, paniczu, lecz zamartwianie się upiorami przeszłości nie jest najlepszym rozwiązaniem - dodał, wychodząc z pokoju. Bruce spojrzał na niego, lecz nic nie powiedział. Cały wieczór przesiedział, nie wychodząc z pokoju. Około godziny 23:00 podszedł do pokoju Alfreda i zapukał. Zdziwiony lokaj otworzył drzwi.
-Panicz Bruce, czy coś się stało?
-Tak. Podjąłem decyzję - dodał. Alfred otworzył mu szerzej drzwi, aby ten mógł wejść do pokoju.
-Co pan ma na myśli? - Bruce podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.
-Dobrze mi służyłeś Alfredzie. Byłeś dla mnie jak ojciec.
-Nie za bardzo rozumiem, zwalnia mnie pan?
-Ależ skąd - zaśmiał się lekko - Wyjeżdżam i chcę, abyś zaopiekował się tym domem.
-Dalej nic nie rozumiem. Dokąd? A firma?
-Lucjusz Fox obejmie pieczę nad Wayne Enterprises. Chciałbym, abyś zajął się domem dopóki nie wrócę.
-A dokąd pan się wybiera?
-Jeszcze nie wiem. Może na północ, może na wschód. Dlatego stąd.
-Ale jak to?
-Nie martw się Alfredzie. Teraz potrzebuję się stąd wyrwać, ale kiedyś tu wrócę. Do tego czasu chcę, abyś zajął się wszystkim - dokończył i uściskał go. Alfred poklepał Bruce'a po plecach.
-Kiedy pan zamierza wyjechać?
-Jutro z samego rana.

* * *

Następnego dnia Alfred pożegnał Bruce'a na lotnisku. Jego pan nie powiedział mu, gdzie dokładnie się wybiera. Wsiadł do samolotu lecącego do Islandii. Alfred jednak dobrze wiedział, że ta podróż nie zakończy się w tym miejscu. Spokoje spoglądał na oddalający się samolot. Dom bez Bruce'a wydawał się pusty. Ogromna posiadłość, dziedzictwo po prapradziadku. Około 100 ha, w tym łąki, lasy i trzy jeziora. Dni upływały powoli. Następnie miesiące. Przyszła zima, a po niej wiosna i lato. Minął już rok, od kiedy panicz Bruce wyjechał. Alfred mimo, że nie miał z nim żadnego kontaktu, wykonywał swoją pracę, jak mu kazano. Opiekował się domem i całym zapleczem wokół. Minął kolejny rok i jeszcze jeden. Wayne Enterprises zarabiało coraz więcej pieniędzy. Lucjusz Fox podpisał kontrakt na sprzęt wojskowy z armią USA. Zyski z tego przedsięwzięcia podwoiły budżet firmy Wayne'ów, która znalazła się w 5 najbardziej dochodowych firm na świecie. A po Bruce'ie nie było ani śladu. Mijały kolejne lata. Alfred zaczął powoli powątpiewać, że panicz kiedykolwiek powróci. I kiedy w sześć lat po opuszczeniu miasta przez Bruce'a, Alfred całkowicie zrezygnował, nagle zadzwonił telefon. Lokaj nie śpieszył się, aby go odebrać, myślał, że to kolejna oferta domowych zakupów na zamówienie.
-Już mówiłem, że nie jestem zainteresowany…
-Alfredzie - głos w słuchawce zabrzmiał dziwnie znajomo. Zapadła chwilowa cisza.
-Panicz Bruce? To naprawdę pan?
-Tak Alfredzie. Przepraszam, że tak długo się nie odzywałem.
-Paniczu Bruce, nie ma pan pojęcia jak bardzo się o pana martwiłem. Gdzie pan jest? Kiedy pan wróci?
-Właściwie to już wróciłem. Jestem na lotnisku "Central Air" w Nowym Jorku. Zatrzymam się w hotelu "Plaza".
-To nie będzie konieczne. Już po pana lecę. Za 2 godziny pański samolot będzie na pana czekał.
-Dobrze Alfredzie. Ja też się o ciebie martwiłem - po tych słowach odłożył słuchawkę, a Alfred zadzwonił na lotnisko po prywatny samolot Wayne'a.
Bruce wyszedł z drzwi hotelowych. Przy chodniku czekał już Alfred i czarna limuzyna.
-Paniczu Wayne?
-Witaj Alfredzie - powiedział Bruce podchodząc do swojego przyjaciela.
-Cieszę się, że pana widzę. Zmienił się pan, zmężniał - Bruce uśmiechnął się pod nosem. Alfred otworzył mu drzwi i zaprosił gestem ręki do środka.
-Za 20 minut będziemy na lotnisku - zaczął - Pozwoliłem sobie wynająć tę limuzynę, aby pana przetransportować do samolotu. Bruce ponownie się uśmiechnął, lecz nic nie powiedział. To cały czas Alfred nadawał. Opowiadał o firmie, interesach i o domu.
-Czy odnalazł pan to, czego pan szukał? - spytał. Bruce oderwał wzrok od szyby i odparł:
-Tak, znalazłem.
-A jeśli można spytać, co to takiego?
-Cel Alfredzie. Znalazłem swój cel.
-Obawiam się, że nie za bardzo rozumiem.
-Kiedy byłem w Chinach, poznałem pewnego mądrego mnicha. Był bardzo stary, ale jak na swój wiek wyglądał świetnie. Dzięki niemu znalazłem spokój. Nauczył mnie jak koncentrować energię wewnątrz swojego ciała i jak ją uwalniać. Wszystko opiera się na medytacji. Prawdziwy wojownik nie zna strachu, niczego się nie boi, jest wstanie zaginać prawa fizyki. Potrafi zrobić to, co dla zwykłego śmiertelnika jest niemożliwe.
-Rozumiem - przytaknął Alfred, ale prawdę mówiąc nie za bardzo rozumiał, o czym mówił Bruce.
-Świat potrzebuje takich wojowników. Sprawiedliwych wojowników, którzy nie będą się bali walczyć w słusznej sprawie.
-Czy spotkał pan takiego wojownika?
-Tak, miałem nawet okazję zmierzyć się z nim - dodał z uśmiechem na twarzy. Alfred o nic już nie zapytał. Oboje wrócili do rezydencji Wayne'ów około godziny 23:30. Bruce nie zjadł kolacji, lecz od razu położył się do łóżka.
Nazajutrz, gdy do sypialni wszedł Alfred z zamiarem obudzenia Bruce'a, jego już w pokoju dawno nie było. Bardzo to zdziwiło lokaja. Na łóżku leżała kartka z informacją: "Alfredzie, nie martw się moją nieobecnością, wyjechałem w interesach do miasta. Wrócę na obiad. Bruce." Alfred kiwnął głową i wrócił do swoich codziennych zajęć.

* * *

Tymczasem w Wayne Enterprises.
-Rozumiem, że podróż była męcząca - rzekł Lucjusz Fox.
-Nie bardzo. Cieszę się, że wróciłem - odparł Bruce.
-Jeśli chodzi o sprawy firmy, to jak widzisz wszystko jest w najlepszym porządku.
-Tak, bardzo mnie to cieszy, jednak przyszedłem tu w innej sprawie.
-Mianowicie?
-Mianowicie, doszły mnie słuchy, że Wayne Eterprises podpisało kilka kontraktów z wojskiem.
-Eee, tak. To okazała się niezwykle opłacalna współpraca - dodał Fox.
-Na czym dokładnie skupiła się nasza współpraca?
-Kilka projektów wojskowych. Nic, co dotyczyłoby broni masowego rażenia. Kilka projektów pojazdów wojskowych, ekwipunek na misje stabilizacyjne i sprzęt treningowy dla armii brytyjskiej.
-Interesujące.
-Do czego pan zmierza, panie Wayne? - spytał z uśmiechem Fox.
-Nie było mnie przez 6 lat. Chcę wiedzieć, w co inwestuje moja firma.
-Rozumiem. W takim razie może zademonstruję panu te inwestycje - zaproponował Fox i oboje udali się do windy, która zawiozła ich na 3 piętro pod podziemnym garażem, gdzie z największą ostrożnością były strzeżone owe projekty. Fox oprowadzał Bruce'a po magazynie wielkim jak hangar lotniczy i pokazywał poszczególne projekty pojazdów, sprzętu treningowego i nie tylko.
-Chciałem się trochę odprężyć po powrocie i myślę sobie, czy nie macie czegoś na specjalne okazje - spytał Bruce.
-To znaczy?
-Jakiś strojów do nurkowania, wspinaczki, spadochroniarstwa.
-Wydaje mi się, że wiem, o co panu chodzi. - zasugerował z uśmiechem Fox. - Jest kilka takich rzeczy w drugim magazynie, trzymamy tam projekty odrzucone.
-Odrzucone?
-Nie wszystko, na co podpisujemy kontrakty wojsko zabiera ze sobą. Niektóre projekty nie spełniają wymogów, lub są odrzucane przez armię z innych powodów. Fox podszedł do wielkich drzwi i otworzył je zamkiem elektronicznym. Był to mały pokój, około 6 m / 6 m. Znajdowały się tam różne kombinezony i pancerze oraz kilka broni ręcznych. Fox wysunął jeden z nich i zaczął:
-To jest strój przeznaczony do nurkowania na dużych głębokościach. Materiał, z jakiego jest zrobiony jest na tyle twardy, by oprzeć się dużym oporom ciśnienia, lecz jest również niezwykle elastyczny, aby nie ograniczać ruchów nurka. Ma wmontowane dwa zbiorniki z tlenem na 7 minut każdy, plus nadajnik i radio do kontaktu z bazą.
-Podoba mi się - dodał Bruce.
-Ale wojsko odrzuciło ten model. Tutaj mam kombinezon do wspinaczki - zaczął i wyciągnął go z gabloty - Ten model podobnie jak strój nurka, jest niezwykle wytrzymały i zarazem elastyczny. Nabój z broni palnej nie jest w stanie go przebić. Zawiera też własny ekwipunek, specjalnie stworzony do tego kombinezonu. Spójrz na te zagłębienia po oby stronach na wysokości pasa. Są specjalnie zaprojektowane, aby przyczepić tu pistolet z linką, haki i kilka drobiazgów takich jak jakiś bidon, czy kanapkę - zakończył z uśmiechem.
-A dlaczego wojsko odrzuciło ten projekt?
-Zbyt drogi - skomentował krótko Fox - Mam do ciebie pytanie?
-Słucham?
-Dlaczego tak bogaty człowiek jak ty nie kupi czegoś ze sklepu? - Bruce uśmiechnął się lekko i odparł.
-Już mówiłem, że szukam czegoś na specjalną okazję - Fox kiwnął lekko głową w zamyśleniu i wsunął kombinezon z powrotem do gabloty. Bruce oderwał chwilowo wzrok od innych kombinezonów i spytał wskazując palcem na pojazd przykryty płachtą.
-Co to?
-Syrus. To prototyp wojskowego pojazdu przeznaczonego do jeżdżenia po polach minowych - zaczął Fox podchodząc do samochodu. Zdjął z niego płachtę, aby pokazać go w całej okazałości. Bruce przyjrzał mu się uważnie. Pojazd swoim wyglądem odbiegał od klasycznego Hummera. Z tyłu dwa rzędu kół przypominające te z ciągników rolnych. Z przodu dwa koła trochę mniejsze, lecz też podobne do tych z tyłu. Cały obudowany blachą z malutkimi oknami po bokach i jednym wąskim pasem z przodu.
-Przejedziemy się? - spytał Bruce. Po chwili pędzili Syrusem po garażach Wayne Enterprises. Pojazd prezentował się znakomicie. Ryk silnika był tak głośny, że Fox musiał prawie krzyczeć tłumacząc Bruce'owi historię i wyposażenie pojazdu.
-Podwójnie opancerzony, plus szyby kuloodporne i wzmacniane podwozie - Bruce wyglądał na skoncentrowanego na jeździe, ale słyszał każde słowo Foxa - Obok skrzyni biegów znajduje się mały panel kontrolny, stąd wyprowadza się każda komendę do pojazdu. Jak widzisz, deska rozdzielcza zawiera kilka istotnych elementów, które pozwalają na zbadanie aktualnego stanu pojazdu. Te ikony znasz, paliwo, olej, hamulec ręczny, poduszki powietrzne, klimatyzacja i ABS. Te poniżej to: energia akumulatorów, stan techniczny, płyn hamulcowy i część militarna, czyli działka boczne, jedno przednie i jedno tylnie - Bruce słysząc to zatrzymał się.
-Działka?
-Tak, przecież to pojazd wojskowy.
-A do czego służy ten panel? - spytał wskazując kilka przycisków znajdujących się nad głową kierowcy. Było tam też kilka małych monitorów.
-No, to są komendy specjalne. Tym guzikiem przykładowo możesz obrócić pojazd o 180 stopni. Tu znajduje się wspomagacz dopalacza. A to mój ulubiony guzik, wyłącza elektryczność pod każdą postacią.
Kilka minut później obaj panowie stali przed głównym wejściem do biura Wayne'a.
-Dziękuję, że poświęcił mi pan czas.
-Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Fox - Prosiłbym tylko, aby nie rzucał się pan zbyt w oczy w tych strojach i samochodzie.
-Bez obawy, tam gdzie się wybieram, nie ma żywej duszy - rzekł Bruce z lekkim uśmiechem i pożegnał się. Zszedł schodami do podziemnego parkingu, gdzie testował Surysa. Wsiadając do samochodu, myślał o różnych rzeczach, między innymi przypomniał sobie swoją rozmowę z mistrzem Wam, który przyjął go w gościnę, kiedy ten zabłądził w Tybecie.
-Człowiek jest jak glina - rzekł mistrz Wam - Glinę można uformować, ale trzeba do tego siły z zewnątrz. Jeśli chcesz być więcej, niż człowiekiem musisz być jak woda. Woda nie jest ciałem stałym, potrafi dopasować się do każdego otoczenia, jest bezpostaciowa, ale jest również bardzo potężna. Potrafi zniszczyć skałę. Glina tego nie potrafi, a rzucona o skałę może się rozsypać na tysiące kawałeczków.
-Rozumiem - odparł Bruce.
-Nieprawda, jeszcze nie rozumiesz, ale wkrótce to zrozumiesz - Bruce siedząc w swoim samochodzie pojął, że jeśli chce wypełnić postawiony przed sobą cel, musi przybrać postać wody. Musi być wszystkim i niczym jednocześnie. Wysiadł z pojazdu i rozejrzał się czy, aby na pewno został sam. Fox wyszedł kilka minut temu, ale zawsze mógł przecież po coś wrócić. Wszedł do windy i zjechał na 3 piętro pod podziemnym garażem. Dokładnie w to samo miejsce, gdzie zaprowadził go wcześniej Fox. Minął strażnika i wszedł do strzeżonego pomieszczenia. Użył swojej karty dostępu, którą dostał od dyrektora działu projektów eksperymentalnych. Wrócił tutaj, gdyż ciekawość wygrała z rozsądkiem. Fox nie pokazał mu jednego pomieszczenia. Małych podwójnych drzwi średniej wielkości. Wayne podszedł do czytnika i przeciągnął przez niego swoją kartę. Zamek po chwili zaskrzypiał, a drzwi zaczęły się powoli otwierać. Światło ze środka rozjaśniło jego twarz. Po środku stał przykryty czarną płachtą jakiś pojazd. Po bokach, na ścianach powieszone były kombinezony. Inne niż te, które pokazał mu Fox. Bruce podszedł do jednego z nich i dotknął go. Był niezwykle gładki, lecz wydawał się również bardzo wytrzymały. Odwrócił się do pojazdu i ściągnął z niego płachtę. Był zachwycony tym, co zobaczył. To był prototyp jakiegoś sportowego samochodu lub wehikułu. Gdy Bruce przy nim stał, ten nie sięgał mu wyżej niż do pasa. Koła zakryte błotnikami i ogromny spojler z tyłu. Przyjrzał się uważnie i dostrzegł, że samochód ten nie ma drzwi, lub po prostu nie mógł ich dostrzec.
-Jak się do ciebie wchodzi, mały? - powiedział sam do siebie. Rozejrzał się po pomieszczeniu ,szukając czegoś, co pomogłoby mu się dostać do środka. Nad stolikiem na końcu pomieszczenia dostrzegł małą gablotkę na ścianie. Podszedł do niej i otworzył zasuwkę. W środku był mały pilot. Chwycił go i przycisnął za jeden z dwóch guzików. Samochód zaskrzypiał, po czym kabina zaczęła unosić się do góry na dwóch hydraulicznych podnośnikach, odsłaniając tym samym kokpit pojazdu.

* * *

Gdy Bruce wrócił do domu, Alfred czekał już z obiadem. Była późna popołudniowa godzina, więc Bruce szybko zjadł i zamknął się w swoim pokoju. To zachowanie Bruce'a trochę martwiło Alfreda. Przed wyjazdem nigdy się tak nie zachowywał. Nie miał pojęcia, co panicz robił w Chinach, czy w innym zakątku świata, w jakim był przez ostatnie 6 lat. Ale wiedział, że ten Bruce Wayne i tamten sprzed lat to dwie inne osoby.
Tymczasem Bruce siedział przy biurku i przeglądał stare i nowe gazety. Dowiedział się z nich, że Gotham City to jedno z najbardziej skorumpowanych i niebezpiecznych miast w USA. W ciągu ostatnich 4 lat przestępczość wzrosła o 94%. Gangi, rozboje, kradzieże i morderstwa są tu na porządku dziennym. Bruce przerwał czytanie i podszedł do szafki stojącej przy oknie. Otworzył ją i wyciągnął małe, drewniane pudełeczko. Usiadł na kanapie i zajrzał do środka. Znajdował się tam mały medalik w kształcie orła. Sięgnął głęboko w pamięć i przypomniał sobie, co on oznacza.
-To zdumiewające, że jak szybko przyswoiłeś sobie te sztuki walki - powiedział mistrz Wam.
-Dziękuję mistrzu, ale nie potrafię jeszcze walczyć tak jakbym chciał.
-Nie bądź dla siebie tak surowy, Bruce. Jesteś najzdolniejszym z moich uczniów i już dawno pozostawiłeś resztę w tyle. Młody Wayne spojrzał na starca i uśmiechnął się.
-Z tej okazji chciałem ci dać to - wręczył mu medalik w kształcie orła - Orzeł nie rozróżnia kontynentów, ale zawsze potrafi dotrzeć do celu. Wierzę, że i ty odnajdziesz swój.
Bruce podszedł do wielkiej szafy stojącej w jednym z nieużywanych pokoi na parterze przy zachodnie ścianie. Otworzył ją i opróżnił z różnych starych ubrań. Następnie powyjmował niepotrzebne półki. Alfred przyglądał się temu uważnie.
-Rozumiem, że te rzeczy tutaj nie będą potrzebne? Bruce spojrzał na niego i uśmiechnął się.
-Planuje włożyć tu inny strój.
-Czy myślę o tym, o czym pan myśli?
-To zależy, o czym myślisz.
-Myślę, że zaczyna pan wypełniać swój cel.
-Alfredzie, potrzebuje twojej pomocy w garażu. W samochodzie jest skrzynia, którą przywiozłem z Wayne Enterprises. Kilka minut później obydwoje wnosili ją już do domu.
-Trochę to ciężkie, sir.
-Załadowałem wszystko do jednej skrzyni. Nie chciałem, aby ktoś widział mnie, jak wynoszę stamtąd kilka podobnych skrzyń.
Położyli ją na środku pustego pokoju. Bruce podszedł i uklęknął przed nią, po czym otworzył dwa automatyczne zamki. Alfred przyglądał się uważnie. Wieko uniosło się, a w środku znajdował się szary strój do wspinaczki, kilka pistoletów z linką, haki itp.
-Ładne - ocenił Alfred.
-I bardzo efektywne.
Bruce zaczął rozwieszać różne przedmioty w szafie. Alfred chwycił strój i przetarł go szmatką.

* * *
Gdzieś w Gotham. Noc rozświetlana ogromnym księżycem i gwieździstym niebem. Na ulicach nie było prawie nikogo. Tajemnicza postać przemieszczała się po dachach. Poruszała się szybko i dynamicznie, lecz pokonywała przeszkody bez najmniejszego wysiłku. Strój do wspinaczki zachowywał się znakomicie. Bruce czuł się w nim swobodnie. Na twarzy miał czarną kominiarkę. Podbiegł do krawędzi jednego budynku i przyklękł podtrzymując się z przodu jedną ręką. Uważnie nasłuchiwał różnych dźwięków. Kilka pięter pod nim, jacyś bezdomni ogrzewali się przy zapalonej beczce. Po chwili pisk opon i sygnały policyjne zwróciły jego uwagę. Wyprostował się i śledził wzrokiem niebieską furgonetkę, którą ścigał jeden z policyjnych radiowozów. Jeden z uciekinierów strzelał w kierunku policjantów. Bruce odpiął z pasa pistolet i wystrzelił z niego linkę, która zaczepiła się kilka budynków dalej. Rzucił się do przodu i pomknął w kierunku furgonetki. Kilka minut później przestępcom udało się zgubić pościg. Jednak nie wiedzieli, że tuż za nimi był ktoś jeszcze. Zatrzymali się przy bramie do jakiegoś wielkiego magazynu w porcie. Bruce przykucnął na sąsiednim budynku i uważnie się przyglądał. Przypomniały mu się słowa jego mistrza. "Musisz wywołać strach w swoim przeciwniku. Musisz stać się w jego oczach czymś więcej, niż tylko człowiekiem."
Z pojazdu wysiadło czterech mężczyzn. Zaczęli wyładowywać z środka jakieś drewniane skrzynie. Bruce widząc to, postanowił działać. Zeskoczył z budynku podczepiony linką.
-To wasze? - zaczął podchodząc do czwórki zaskoczonych bandziorów.
-Coś ty za jeden?
-Wasz najgorszy koszmar.
-Ha! Nie rozśmieszaj mnie. Kogo chcesz przestraszyć tą kominiarką. Widzisz, my też takie mamy - pokazał mu swoją wyciągając z kieszeni - Brać go.
Bruce rzucił się na jednego ze swoich przeciwników i jednym kopnięciem posłał go do furgonetki. Pozostali widząc to ,chwycili za broń, lecz jego już tam nie było.
-Co to za pajac? - krzyknął jeden z przestępców.
Bruce leżąc na dachu furgonetki, wyjął z pasa mała czarną kuleczkę i rzucił ją na ziemię. Po chwili rozprysła się, wytwarzając bardzo gęsty dym. Zdezorientowani napastnicy zaczęli strzelać w różnych kierunkach. Gdy skończyły im się naboje, Bruce przeszedł do kontrataku. Zeskoczył na jednego i powalił go dwoma rekami na ziemię. Drugiego chwycił za kurtkę i przeskoczył nad nim, kopiąc go jednocześnie w plecy. Uderzył twarzą w bok furgonetki i osunął się na ziemię. Trzeci nerwowo przeładowywał broń, lecz gdy zobaczył, że jego przeciwnik zbliża się do niego, rzucił w niego pistoletem i zaczął uciekać. Bruce zrobił unik , wyjął pistolet i wystrzelił. Linka oplątała nogi uciekiniera i powaliła go na ziemię jak kłodę. Bruce powoli podszedł do niego i złapał za szyję.
-Co jest w tych skrzyniach? - spytał.
-Nic się ode mnie nie dowiesz, frajerze - to wyraźnie rozłościło Wayne'a. Złapał go za bluzę i podniósł do góry.
-Nie będę pytał dwa razy - przestępca wyraźnie się zaniepokoił jego tonem głosu.
-To broń, broń z magazynów przy 6 alei.
-Po co wam ona?
-To nie dla nas. Mieliśmy ją tu zostawić. Dla Daggeta.
-Rolanda Daggeta?
-Tak - Bruce po tych słowach puścił go, a ten gruchnął o ziemię. Sygnały policyjne nie pozwoliły mu dłużej pozostać w tym miejscu. Strzelaninę pewnie dało się usłyszeć kilka przecznic stąd. Wycelował pistolet w stronę jednego z dachów i znikł.

* * *

Alfred polerował jedną ze starych Chińskich waz, kiedy nagle usłyszał jakiś hałas w pokoju na końcu korytarza. Powoli otworzył drzwi i zobaczył Bruce'a siedzącego na krzesełku w kostiumie do wspinaczki. Na podłodze leżała kominiarka, którą miał przedtem na twarzy. Alfred spojrzał na nią i zapytał:
-Czy coś się stało, paniczu Bruce?
-To nie działa Alfredzie - lokaj spojrzał na niego z jeszcze większym zdziwieniem.
-Co takiego?
-Nie bali się mnie. Nie potrafiłem ich wystraszyć, nie wzbudziłem w nich lęku - wskazał palcem na kominiarkę- To nie przestraszy żadnego kryminalisty. Potrzebuję czegoś, co ich przerazi - Alfred spojrzał na Bruce i uśmiechnął się.
-Jestem pewien, że coś pan wymyśli - po tych słowach wyszedł i wrócił do swoich zajęć.
Bruce wstał z krzesła i ruszył do swojego pokoju. Sięgnął po telefon komórkowy i zadzwonił do…
-…Wayne Enterprises. W czym mogę służyć? - z drugiej strony odezwał się przyjemny kobiecy głos.
-Bryce Wayne z tej strony. Proszę mnie połączyć z panem Foxem.
-Ach, tak już łączę, proszę pana - kobieta wyraźnie była zaskoczona.
-Fox, słucham cię Bruce?
-Chcę mieć na jutro dokładny raport ze wszystkich projektów, jakie Wayne Enterprises stworzyła w ramach kontraktu z wojskiem. Poczynając od sznurówek do butów, a kończąc na pojazdach bojowych.
-Mogę zapytać, czemu tak cię to zainteresowało? - Bruce próbował być miły, ale wiedział, że nie mógł powiedzieć Foxowi, że zamierza je wykorzystać w swojej krucjacie, więc…
-Wayne Enterprises zainwestowało w to ponad 600 milionów dolarów. Po prostu chcę przejrzeć te dokumenty.
-Rozumiem, zaraz każę przygotować pełną dokumentację. Czy to wszystko?
-Tak - zapadła chwila ciszy - Lucjuszu?
-Tak?
-Dziękuję.
-Nie ma za co, Bruce - oboje odłożyli słuchawki.

* * *

Nazajutrz, z samego rana Bruce wyszedł pobiegać. Jego posiadłość była ogromna, więc postanowił to wykorzystać. W firmie miał być dopiero o 11:00, dlatego ranek postanowił spędzić na treningu. Dwie godziny później, zatrzymał się na skraju jeziora, aby zrobić sobie małą przerwę. Cały czas myślał nad kostiumem. Za wszelka cenę chciał wprowadzić w życie słowa mistrza Wam "Musisz wywołać strach w swoim przeciwniku". Ale jak tego dokonać? Gotham jest przesiąknięte przestępcami, korupcją i ludźmi bez ideałów. W jaki sposób tego dokonać? Otarł czoło rękawem swojej bluzy i postanowił wrócić do domu. Biegł truchtem, wiedział, że przed nim ciężki dzień i noc, więc nie chciał się przemęczyć. Postanowił, że wróci drogą na skróty, przez mały lasek. Kiedy dobiegł na miejsce, nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Kilkanaście metrów dalej znajdowało się ogromne urwisko. Podszedł bliżej, aby się lepiej przyjrzeć. Półka skalna była wysokości 6-7 m. Nachylił się nad krawędzią. Z tego miejsca było bardzo dobrze widać Dom Wayne'ów i prawie całą okolicę. Jakieś dwa metry pod nim znajdowało się małe wejście o średnicy może 1 m.
-Tam coś jest - powiedział sam do siebie. Ciekawość wygrała z rozsądkiem. Złapał się rękoma krawędzi i powoli opuścił się do dziury w ścianie. Nogami podparł się, aby nie spaść i szybkim ruchem wskoczył do środka. Światło nie sięgało zbyt głęboko, więc nie mógł ocenić, czy jest to tylko mała grota, czy może tunel, który prowadzi dalej. Wszedł trochę głębiej, ale kiedy wszędzie dookoła zrobiło się ciemno, zatrzymał się. Trzeba tu będzie wrócić ze sprzętem- pomyślał.
Kilka minut później siedział już w dużej kuchni przy stole i jadł śniadanie przygotowane przez Alfreda.
-Mam do ciebie pytanie - zaczął.
-Słucham - odparł Alfred trzymając w rękach ścierkę i talerz.
-Czy widziałeś tą jaskinię kilkadziesiąt metrów od domu, na północ?
-Przy urwisku?
-Tak - Bruce wyraźnie się zdziwił, że Alfred wie dokładnie, gdzie to jest.
-To tunel. Ma 40 m długości i prowadzi do jaskini pod domem.
-Do jaskini?
-Posiadłość Wayne'ów została wybudowana ponad 200 lat temu. Najpierw znajdowały się tu pola. Pierwotnie planowano zalać cały teren i stworzyć ogromne jezioro, a po drugiej stronie lasu postawić dom, ale kiedy pana prapradziadek odkrył, że znajduje się tu jaskinia, zmienił plany i wybudował dom dokładnie nad nią.
-Dlaczego tak zrobił?
-Miał względem niej plany. Chciał tam wybudować drugi dom, pod ziemią. Na wszelki wypadek. Miały się tam również znajdować magazyny.
-Skąd tyle wiesz, Alfredzie? - uśmiechnął się Bruce.
-Kiedy pana ojciec mnie zatrudnił, postanowiłem się dowiedzieć wszystkiego o rodzinie Wayne'ów.
-Skąd?
-Ze starych dokumentów, jakie prowadził już pana praprapradziadek.
-Interesujące - wstał od stołu - Jak wrócę z miasta, będę się chciał tam rozejrzeć. Przygotuj odpowiedni sprzęt.
-Dobrze, proszę pana.
Sportowy samochód Kiper zajechał pod główne wejście Wayne Enterprises. Z środka wysiadł Bruce, ubrany w czarny garnitur.
-Dzień dobry panie Wayne - przywitał go jeden ze stróżów.
-Dzień dobry, jak mija dzień?
-Jest bardzo dobrze - uśmiechnął się i patrzył jak Wayne wsiada do windy. Ta zatrzymała się na 40 piętrze.
-Witaj Bruce - rzekł Fox, gdy ten wszedł do jego biura.
-Dzień dobry. Czy raport gotowy?
-Tak, wszystko jest u pana na biurku. Wybieram się właśnie do sali konferencyjnej. Zarząd ma spotkanie. Byłoby dobrze, gdybyś mi potowarzyszył.
-Pomyślę o tym następnym razem - odparł.
-Lucjuszu, cieszę się, że to ty kierujesz tą firmą - uśmiechnął się i skierował do swojego biura. Był to duży, jasny pokój. Jedna ściana była szklana z wspaniałym widokiem na mroczne miasto. Tuż przed nią stało krzesło i biurko Bruce'a, a naprzeciw dwa fotele. Z boku jedna kanapa. Wayne zajął swoje miejsce. Na biurku leżał plik dokumentów, o które wczoraj prosił. Włączył komputer i wpisał w wyszukiwarce "Roland Dagget". Na ekranie pojawiła się strona, na której znajdowały się najważniejsze, dostępne informacje. Bruce przymrużył oczy i zaczął czytać z zaciekawieniem. Roland Dagget był poważanym obywatelem miasta i właścicielem największej firmy zajmującej się przetwarzaniem odpadów radioaktywnych. Jego fabryki znajdowały się na terenie całego USA. Firma Daggex była jednak przykrywką, o której nikt nie wiedział. No, prawie nikt. Bruce nim opuścił Gotham i wyruszył w świat wiedział, że Dagget prowadzi lewe interesy, lecz nie mógł znaleźć dowodów obciążających go. Facet oficjalnie był czysty jak łza, lecz tak naprawdę zajmował się handlem bronią na światową skalę, narkotykami, a jego odpady często były przyczyną zanieczyszczenia środowiska w północnej części Stanów. Trzeba coś zrobić, pomyślał. Złapał dokumenty w rękę i wyszedł z biura. Kiedy wrócił do domu, Alfred czekał już z przygotowanym sprzętem. Bruce ledwo co przekroczył próg, a już był gotowy, aby się ubrać w strój i ruszyć do tunelu, który odkrył rano. Miał ze sobą liny i dwie latarki. Alfred zaproponował, że zostanie w domu tłumacząc się, że sporty ekstremalne nigdy nie były jego hobby, na co Bruce tylko się uśmiechnął i poklepał go po ramieniu.
W tunelu było zimno i ciemno. Włączył latarkę i przyczepił linę na początku, aby nie zabłądzić. Szedł powoli i bardzo ostrożnie. Podłoże było śliskie. Tunel zdawał się nie mieć końca. Powoli zakręcał w prawo. Bruce zorientował się, że kieruje się dokładnie w kierunku domu. Po chwili jaskinia zaczęła robić się coraz jaśniejsza i większa. Z głębi dochodził dźwięk wody. Kilka kroków dalej znajdowała się ogromna jaskinia z kilkoma innym, mniejszymi. Ta pierwsza zrobiła na nim największe wrażenie. Bruce przyświecił latarką, aby lepiej ją zobaczyć.
-Niesamowite. Nie spodziewałem się, że jest aż taka wielka. Na suficie było pełno stalaktytów, a na ziemi nie mniej stalagmitów. Ostrożnie przeszedł dalej, omijając ostre kawałki wystających skał. Nieopodal płynął podziemny strumień. Będzie idealna, pomyślał. Włączył większą lampę i położył na jednej z wystających półek skalnych. Światło oświetliło jedną z bocznych jaskiń. Nagle usłyszał jakiś piskliwy dźwięk. Zatrzymał się, aby lepiej się przysłuchać. Dźwięk dochodził z oświetlonej jaskini i stawał się coraz głośniejszy. Pis, zgrzyt lub coś takiego. Po chwili z jaskini wyleciała czarna plama. Bruce zeskoczył niżej i schował się za skałą. Dźwięk był tak głośny, że musiał zakryć rękoma uszy. Wychylił się powoli i zobaczył dokładnie, co to takiego. Były to nietoperze, setki, tysiące nietoperzy. Latały po całej jaskini. Wydawało się, że nie ma ich końca. Bruce nie wychodził zza kamienia. Szturm trwał prawie 10 minut. W końcu nie wytrzymał i wyszedł. Nietoperze latały wokół niego, a on co chwilę osłaniał się rękoma. Był zdumiony tym, co widział. Powoli spojrzał w górę, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. W oku można było dostrzec tą iskrę, która od teraz będzie zawsze mu towarzyszyć w nocnych łowach. Wyjął telefon z kieszeni i zadzwonił do Alfreda.
-Słucham pana, czy coś się stało?
-Tu jest niesamowicie Alfredzie. Znalazłem to, czego szukałem.

* * *

Po powrocie z jaskini, Bruce opowiedział dokładnie Alfredowi, co tam znalazł. Opowiedział mu o projekcie nowego kostiumu i o tym, że w jaskini urządzi miejsce dla jego przyjaciela. Alfred podszedł do tego pomysłu z dystansem, lecz zauważył jak ważne jest to dla Bruce'a i postanowił się również zaangażować w ten projekt. Wieczorem młody Wayne usiadł do dokumentów, jakie przyniósł ze sobą z firmy. Teraz wiedział dokładnie, czego szuka i liczył na to, że znajdzie to właśnie tutaj. "Latające buty", "Niewidzialna folia", "Lekkie materiały". To go zaciekawiło. Alfred wszedł do pokoju i przyniósł ciepłą herbatę.
-Trzeba będzie do tego maski - rzekł.
Bruce spojrzał na niego i głęboko się zamyślił.
-Masz rację. Ale jaka będzie odpowiednia maska dla kogoś, kto chce być Człowiekiem -Nietoperzem?
-Jeśli chce pan, aby złoczyńcy w Gotham się pana bali, musi to być coś przerażającego.
-Masz coś na myśli?
-Chyba tak - wyjął z kieszeni złożoną kartkę i wręczył ją Bruce'owi. Ten ją rozłożył i zobaczył ludzką łysą głowę z wielkimi nietoperzowatymi uszami. Gdy Wayne to zobaczył, uśmiechnął się.
-Masz wyobraźnię - wyciągnął z szuflady ołówek i wymazał wielkie uszy, a następnie na czubku głowy dorysował dwa długie, pionowe rogi, szpiczasty nos i duże, zmarszczone groźnie wyglądające brwi.
-O panu mogę powiedzieć to samo - odparł, gdy zobaczył rysunek Bruce'a.
-Teraz trzeba będzie ją tylko wykonać.
-Z tym chyba nie powinno być problemów.
-No nie wiem. Nie chcemy, żeby ktoś się dowiedział, co takiego zamawia Bruce Wayne.
-Może pod przykrywką fikcyjnej firmy złożymy zamówienie na poszczególne elementy…
-A całość złożymy sami - dokończył Bruce.
-Tak jest.
Bruce pokazał Alfredowi kilka projektów Wayne Enterprises, które chciał wykorzystać.
-Sprzęt bojowy trzeba będzie wykonać samemu, ale podstawy mamy.
Kilka dni później Bruce przeniósł szafę ze strojem do jaskini. Na planach rezydencji Wayne'ów odkrył, że jego prapradziadek próbował połączyć jaskinię z domem, co mu się udało, lecz przejście nigdy nie zostało dokończone. Bruce poszerzył je i zastawił starymi szafami z książkami. Jedna z szaf była przejściem. Aby wejść do jaskini trzeba było wyciągnąć jedną z książek. W jaskini zbudował mały warsztat, w którym stworzył potrzebną mu broń. Przyszykował kostium i wprowadził do niego kilka poprawek. Najtrudniej było mu złożyć maskę. Z firmy przyrósł materiał, który miał stać się peleryną. Niestety w jaskini nie było wjazdu dla samochodów, więc Syrusa musiał trzymać w garażu Wayne'ów.

* * *

Kiedy skończył kolację, wstał zadowolony od stołu jak nigdy. Nie było to spowodowane tym, że posiłek mu smakował, lecz tym, że to jest ta noc, na którą czekał od bardzo dawna. Alfred życzył mu powodzenia. Szybko zszedł do jaskini i otworzył szafę ze strojem. Ubrał się w przemalowany na czarno i lekko zmodyfikowany strój do wspinaczki. Bruce wygładził wszystkie nierówności na stroju i dodał na klatce piersiowej znak w kształcie dużego nietoperza z rozpostartymi skrzydłami. W pasie znajdował się niezbędny sprzęt, czyli pistolet pneumatyczny z linką, kilka batarangów, kilka kulek z dymem itp. Alfred czekał na Bruce'a w garażu, przygotowując pojazd do drogi. Kiedy zobaczył go w drzwiach, przeżegnał się.
-O mój Boże. Niesamowite - w progu stała tajemnicza postać z rogami na głowie. Bruce wyglądał imponująco w stroju i wywołał lęk nawet w osobie, która znała go bardzo dobrze i która nie musiała się martwić o to, że coś jej grodzi z jego strony.
-Wrócę za kilka godzin - powiedział i wskoczył do Syrusa.
Silnik ryknął jak wściekły lew i opuścił garaż z piskiem opon. W środku wszystkie komputery były postanowione w stan najwyższej gotowości. Bruce przycisnął jeden z guzików w panelu po prawej, a na jednym z monitorów wyświetliły się dane, które Wayne studiował kilka dni wcześniej, a dotyczyły one kryjówek lewej działalności Roland Daggeta.

* * *

Tymczasem w wieżowcu należącym do firmy Daggex.
-Panie Dagget, mam informacje z portu - powiedział młody mężczyzna w szarym garniturze. Roland Dagget siedział za dużym biurkiem i bawił się niebieskim długopisem. Spojrzał na niego z poważną miną. W dawnych czasach, gdy posłaniec przynosił złą nowinę, najczęściej nie wychodził z tego cało. To właśnie przyszło na myśl młodemu człowiekowi, kiedy ujrzał ten ostry wzrok swojego szefa.
-O co chodzi Sony?
-Nasz człowiek w porcie przekazał informacje, że mają problemy - Dagget natychmiast wstał i wrzasnął:
-Jakie problemy!!!
-Ktoś się dowiedział o transporcie - Szef Daggex podszedł do Sony'ego i chwycił go za krawat.
-Posłuchaj mnie uważnie. Ten kontrakt kosztował mnie 130 milionów dolarów. Ta broń ma trafić do Chin. Jeśli tego nie załatwię, tak dostanę po dupie, że wam wszystkim odbije się to na zdrowiu - Sony przełknął ślinę i kontynuował.
-Ktoś ich powstrzymał.
-Kto?!
-Mój człowiek mówił bardzo niezrozumiale. W sumie nie wiem, czy nie bredził, ale powiedział mi, że to coś ma skrzydła.
-Skrzydła?
-Tak powiedział.
-Przygotuj mój samochód. Osobiście będę nadzorował tą transakcję - Sony natychmiast wybiegł.
Kilka minut później limuzyna Rolanda Daggeta podjechała pod bramę, do jego portu. Z środka wysiało trzech ochroniarzy i ich szef. Cisza panowała w całej strefie należącej do Daggex. Jeden z ochroniarzy kazał zostać Daggetowi blisko samochodu. Dookoła ani żywej duszy. Otworzył bramę i pozwolił limuzynie wjechać do środka. Samochód wjeżdżał powoli, a trzech ochroniarzy z wyciągniętymi pistoletami eskortowały ją do wielkiego magazynu stojącego pośrodku. Tuż za nimi czarny cień przesmyknął się niezauważony po ścianie. Nagle, jedna z opon samochodu wystrzeliła. Ochroniarze przykucnęli i zaczęli rozglądać się chaotycznie w różnych kierunkach. Jeden z nich podszedł do dziurawej opony i wyciągnął z niej ostry, mały przedmiot przypominający swoim kształtem nietoperza.
-Mamy towarzystwo - zasugerował, a dwóch pozostałych wyostrzyło uwagę na wszystko, co wydawało się podejrzane. Okno tylnych drzwi limuzyny uchyliło się.
-Panie Dagget, niech pan pozostanie w samochodzie, tu nie jest bezpiecznie.
-Tylko się pospieszcie. Nie mam całego dnia - po tych słowach zamknął okno i wyciągnął telefon z kieszeni marynarki.
-Halo, Russell? Słuchaj. Mamy mały problem na przystani w porcie. Mogę spóźnić się na spotkanie. Nie czekajcie na mnie - odłożył telefon na kanapę i nerwowo zaczął pukać pacami w kolana. Po chwili usłyszał kilka strzałów i krzyki. Spojrzał na szofera, który również był tym zaskoczony.
-Co tam się dzieje, do cholery?! - szofer wzruszył ramionami, wyciągnął broń ze schowka i wyszedł sprawdzić.
-Niech pan się zamknie od środka - Dagget szybko uczynił, co mu kazano. Był człowiekiem, który z reguły nie uznaje czyichś poleceń, ale czuł, że to jest jednym z tych, które należy wykonać natychmiast. Przycisnął guziki w drzwiach i wyciągnął spod siedzenia pistolet. Szofer długo nie wracał. Co tam się dzieje- myślał. Cały był roztrzęsiony, pot spływał mu z czoła. Po dłuższej chwili zebrał się na odwagę i sięgnął ręką za klamkę od drzwi. W tym momencie z krawędzi dachu zaczęły sypać się iskry. Dagget zaczął krzyczeć na głos i strzelać w kierunku sufitu. Kiedy skończyły mu się naboje, chwycił za drugi magazynek, lecz w tym momencie dach odgiął się, a czarna ręka chwyciła go za marynarkę i wyciągnęła na zewnątrz samochodu. Oczom jego ukazał się demon. Cały czarny, w masce z rogami i długą, czarną peleryną. Przerażenie w oczach Daggeta było tak wielkie, że chwilowo nie mógł wypowiedzieć nawet pojedynczego słowa. Postać przybliżyła swoją twarz do jego i patrzyła prosto w oczy swojej ofiary.
-Kim, czym ty jesteś? - wyląkł z siebie przerażony. Postać podniosła go do góry i zrzuciła z dachu samochodu. Dagget upadł na ziemię, lecz nie spuszczał oczu z tajemniczej zjawy, który stała na wygiętym dachu limuzyny. Nagle przemówiła, groźnym, grubym, zachrypniętym głosem.
-Jestem Batman - po tych słowach demon rzucił się na ofiarę i wszystko dookoła zrobiło się czarne.

* * *
-Hej, ocknij się! - powiedział jeden z policjantów, skuwając kajdankami ręce Daggeta.
-Gdzie ja jestem?
-Jesteś aresztowany za nielegalny handel bronią.
-To był potwór. Czarny potwór. Miał skrzydła, a jego oczy… - przysłuchiwał się temu porucznik James Gordon i detektyw Bullock.
-…były z piekła.
-O czym on mówi? - spytał Gordon.
-Pewnie coś bredzi. Ale mamy szczęście. Nie spodziewałem się poruczniku, że złapiemy taką grubą rybę jak Roland Dagget.
-Nie my go złapaliśmy, Bullock - sprostował.
-Kazał na siebie wołać Batman - dokończył Gadget, gdy jeden z policjantów wsadzał go do radiowozu.
-Batman? - powtórzył Gordon.
-Facet za dużo się naćpał i coś mu się przywidziało - po tych słowach zostawił Gordona samego i odszedł w kierunku swojego samochodu. Wsiadł do środka i zapalił papierosa. Już chciał przekręcić silnik, gdy spojrzał na dach jednego z budynków. Zobaczył tajemniczą postać, stojącą na samej górze. Jej peleryna powiewała na wietrze jak flaga. Szybko wyszedł z samochodu, aby się dokładnie przyjrzeć, lecz gdy spojrzał jeszcze raz, dach już był pusty. Zjawa znikła. Bullock podrapał się po głowie i z powrotem wsiadł do samochodu. Odpalił silnik i powiedział:
-A może się nie naćpał - po tych słowach odjechał z piskiem opon. Wysoko na dachu jednego z wieżowców Gotham City Batman patrzył w dół i obserwował całe miasto. Czarna peleryna powiewała mu na wietrze. Stał wysportowany.
-Wojna się zaczęła - rzekł.


KONIEC

Autor: LukeSpidey




WAK - Serwis Komiksowy
Spider-Man Online

Punisher - Serwis o Punisherze
The Truth about The X-Files


SmallvillePlanet

HitmanAsylum.pl - serwis poświęcony grze Hitman




© Copyright 2003 and 2012 by BatCave. Wszelkie prawa zastrzeżone
Batman is registered trademark of DC Comics, Warner Bros.

Projekt i wykonanie: myspace.com/WebMastaMajk