"Batman v Superman"

Film, na który fani komiksów czekali lata. Ba, dziesiątki lat. Dwóch największych i najpopularniejszych bohaterów w świecie komiksu na jednym ekranie. Mieliśmy otrzymać go już z ręki Wolfganga Petersena, czy nawet Goerge’a Millera. W końcu jest w naszych kinach i, niezależnie od jakości, jesteśmy niejako winni ten film obejrzeć. Dostaliśmy go dzięki Zackowi Snyderowi, dla którego jest to już drugi film z nowego uniwersum, zaraz po „Człowieku ze stali”, który został średnio przyjęty przez krytykę. Jak jest z jego sequelem?

No właśnie, na wstępie trzeba jeszcze raz zaznaczyć, że jest to niewątpliwie kontynuacja „Człowieka ze stali”. Nie jest to co prawda „druga część Supermana”, ale przysłowiowe „DNA” oryginału jest tutaj odczuwalne i śmiem twierdzić, że niewtajemniczony, nowy widz, może czuć się zagubiony. Bo odniesień do wydarzeń z tamtego filmu jest cała masa, a więc na pewno radziłbym, aby zabierając rodzinę pokazać im wcześniej wydarzenia z poprzedniej części, ewentualnie je im streścić… a i to może okazać się za mało – ale o tym później.

Film bazuje w dużej mierze na bitwie o Metropolis z końcówki „Człowieka ze stali”. Widzimy ją jeszcze raz na ekranie, ale tym razem z perspektywy Bruce’a Wayne’a. Wydarzenia te są dla niego tak wstrząsające i poważne, że zmuszają go… do powrotu? No właśnie – tak naprawdę nie mamy tutaj wiele odniesień do jego emerytury, o której wspomina tylko postać Alfreda, na dodatek nie wprost. Pomysł ze „starym Batmanem” okazuje się całkowicie zbędny. Ani w nim nie widać starości, ani nic tak naprawdę nie zmienia. Pomijając tę dygresję, straty, które ponosi Wayne Enterprises liczone są w ludziach, głównie bezimiennych pracownikach, za których śmierć Wayne obarcza winą Supermana.

Superman natomiast jest od samego początku ofiarą manipulacji. Lex Luthor chce go wrobić w bycie nieostrożnym i niezwracanie uwagi na niepożądane oraz katastrofalne skutki swoich bohaterskich wyczynów w celu zniszczenia jego wizerunku publicznego. Czemu chce to zrobić? Znowu, nie jest to do końca wyjaśnione do samego końca filmu. A mimo wszystko, dalsze machinacje i szantaże doprowadzają do wielkiego pojedynku dwóch bohaterów.

Gal Gadot jako Wonder WomanW międzyczasie jest jeszcze kilka innych wątków, takich jak „tajemnicza kobieta” grana przez Gal Gadot (sami wiecie, o kogo chodzi), która często krzyżuje swoje drogi z Bruce’em Wayne’em. Jest też walka o technologię i „minerały” Kryptonu. Pojawiają się również informacje o innych meta-ludziach. Żaden z tych wątków natomiast nie jest ani interesujący, ani dopracowany. Niezależnie od stopnia zaawansowania w kanonie komiksowym, widzowie mogą czuć się zagubieni w sposobie narracji i przechodzenia z wątku do wątku w produkcji Snydera. Natomiast jeśli nie jest się maniakiem materiału źródłowego, wiele scen z tego filmu nie będzie miało żadnego znaczenia, sensu lub logiki. Stąd nie dziwią mnie bardzo słabe recenzje ze strony niektórych krytyków. Film jak najbardziej może być frustrujący dla osób, które niekoniecznie znają wszystkie postacie ze stajni komiksów DC. Jeśli chodzi o osoby obeznane w temacie, pojawia się też inny problem – w przypadku obejrzenia wszystkich zwiastunów, poza wynikiem finałowej walki/walk, wiecie już wszystko.

Wróćmy do samego pojedynku dwóch bohaterów. Zaczynając od Batmana, otrzymamy świetne podsumowanie samego filmu – jest w nim trochę dobrego, trochę złego. Choć rzeczywiście jest jednym z jaśniejszych punktów, wbrew temu, co można przeczytać na innych stronach i recenzjach, z ‘Batfleckiem’ nie jest tak różowo. Nie jest to wina samego aktora, a raczej rozproszonej wizji filmu. Poprzez brak przywiązania do tej wersji Batmana, można odczuć pewną pustkę emocjonalną, kiedy pojawia się on na ekranie. Na szczęście, sceny akcji prezentują się w większości dobrze. Pojedynek z Supermanem wyszedł fenomenalnie – jest najmocniejszą częścią filmu i, nie zdradzając zakończenia, mogę powiedzieć, że fani Batmana powinni być zadowoleni z przebiegu całej walki. Co do innych scen, mam mieszane uczucia – pościg z Batmobilem wypada chaotycznie, sztucznie i raczej niezadowalająco. Pojedynek ze zbirami został praktycznie w całości zdradzony w zwiastunie i jest to jedyny raz, kiedy widzimy Batmana w takiej sytuacji. Wygląda w porządku, ale nie wywołuje wielu emocji. Świetne jest natomiast pierwsze pojawienie się Batmana w filmie. Buduje napięcie, jest mroczne i budzi apetyt na więcej tego typu scen.

Ciężko powiedzieć coś więcej na temat charakteru Mrocznego Rycerza. Jest brutalny, zabija bez zawahania i kieruje gniew na Supermana. Ratuje ludzi, ale też niespecjalnie widać w nim troskę. Powód samego konfliktu jest tak naprawdę jedyną rzeczą, której się o nim dowiadujemy, a i tak w żadnym wypadku nie jest wystarczająco dobrze wyjaśniony. Naprawdę nie rozumiem, czemu nie chciał porozmawiać z Supermanem, znaleźć innych rozwiązań i miał zamiar od razu go zabić. Motywacja wypadła strasznie sztucznie. Jego relacja z Alfredem jest również niedopracowana, a klasyczne, sarkastyczne żarty przyjęte były w całej sali kinowej ciszą. Z powodu braku wystarczającego czasu dla nowego, filmowego Batmana, aby rozwinąć relację z innymi postaciami, wydaje się być emocjonalnie ubogi, odległy i obojętny. Jak wspominałem wcześniej, aktor spisał się w porządku. Affleck, nawet jeśli i tu nie jest wybitny i jego dialogi czasami wypadają sztucznie, świetnie przygotował się fizycznie do tej roli. Jednak struktura filmu oraz chaotyczność wątków i montażu nie pozwoliły mi na pełen zachwyt nad tą wersją Batmana. Na szczęście jest tu gdzieś ukryty potencjał na coś lepszego. Tak samo jak w samym filmie.

Jeśli chodzi o Supermana, jego motywacja w filmie jest bardziej racjonalna, natomiast jest niezadowalająca i niespójna. Na początku dowiadujemy się, że Supermanowi nie odpowiada sposób, w jaki Batman operuje w swoim mieście… chyba dlatego, że jest zbyt brutalny, albo coś w tym stylu. Powtarzam się, ale ponownie nie jest to wystarczająco dobrze wyjaśnione filmie, a w ostatecznym rozrachunku nie ma to znaczenia, gdyż Człowiek ze stali nie walczy z Mrocznym Rycerzem z tego powodu. O nie. Dostajemy coś znacznie gorszego od tego, co powinno być kluczem, czyli pojedynku ideologicznego. Motywacją Supermana jest zwykły szantaż ze strony Lexa. Nie różnice w poglądach, tak sugerowane przez pierwszą godzinę filmu. Nie jest to też jakieś dramatyczne wydarzenie, które skłóciło tą dwójkę. Nie, jest to zwykły szantaż.

Henry Cavill wypada w filmie, podobnie jak Affleck, poprawnie, ale tak samo jak Affleck, nie ma tu wiele do grania. Fizycznie prezentuje się chyba jeszcze lepiej, niż ostatnio, jest przekonujący w swoim niebieskim wdzianku. Poza walką z Batmanem i finałowym pojedynkiem, nie ma za wiele do roboty jeśli chodzi o sceny akcji, ale jak już się trafiają, to wypada w nich dobrze i czuć siłę oraz możliwości Supermana. Znacznie gorzej jest w przypadku Clarka Kenta oraz jego relacji z Lois Lane. Jako dziennikarz wypada mało przekonująco i nie widać w nim tego świetnego skrywania swojej mocy, tak jak to robił Christopher Reeve, czy nawet Brandon Routh. Oczywiście tutaj jest to inne podejście, ale trochę brakuje tego elementu, bo zawsze czynił on z Clarka ciekawszą postać. Jeśli chodzi o romans, to jest on tutaj zaskakująco ważnym elementem, jednak nie wyczuwam między aktorami zbytniej chemii. Lepiej wypadła w „Człowieku ze stali”.

Role, które poza tą dwójką mają najwięcej czasu na ekranie to Lex i Lois. Wypadają słabo lub przeciętnie. Lex szczególnie – nie jest to wersja, na którą wszyscy czekali. To niewątpliwie nowe podejście do postaci i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie była tak irytująca. Jeśli widzieliście zwiastuny – to taki DOKŁADNIE jest Lex w tym filmie. Nie skrywa on drugiej, spokojnej, kalkulującej, genialnej osobowości. Jest zwyczajnie neurotycznym maniakiem. Liczyłem na coś w stylu współczesnego Luthora, a dostaliśmy wroga w stylu Joela Schumachera. Lois nie spisuje się tragicznie, ale w wielu scenach wciskana jest do tego filmu na siłę. Po prostu nie widziałem zbyt wiele sensu w używaniu jej w tak dużej ilości, tym bardziej, że nie pomogło to w tworzeniu większej chemii między filmowymi kochankami.

"Batman v Superman: Dawn of Justice" - Lex LuthorCo do innych postaci, to o zdradzonych w zwiastunach Wonder Woman i Doomsday’u, szczerze mówiąc nie ma co pisać. Bohaterka wypowiada w filmie może kilkanaście zdań i pojawia się w akcji tylko w finałowej walce. Spisuje się w niej dobrze, ale przez całkowity brak rozbudowania, ponownie, była obojętną dla mnie postacią. Jeśli chodzi o Doomsday’a, to jest to niesamowicie nietrafiony pomysł. Zamiast zostawić pojedynek Batmana z Supermanem na finał i rozbudować ich różnice poglądowe, mamy bitwę z wielkim, niemyślącym potworem, gdzie nie ma mowy o jakimś ideologicznym podłożu. Po prostu jest to bezmyślna bójka, która wygląda ładnie i płynnie się ją ogląda, ale jest leniwym pomysłem bez absolutnie żadnego przesłania, czy głębi. Tak samo leniwym pomysłem są nawiązania do przyszłych członków Justice League. Nawet nie wyobrażacie sobie, w jaki sposób wciśnięto ich w ten film.

Tak naprawdę ciężko stwierdzić, czy przyczyną było lenistwo, czy brak kompetencji… i za to niestety największą winą powinien zostać obarczony Zack Snyder. Wiele rzeczy, za które powinien być odpowiedzialny, kuleje. Zdaje się, że reżyser po prostu nie potrafi opowiedzieć spójnej historii. Sam film, pod względem konstrukcji i pomysłów fabularnych, wydaje się jakby był stworzony przez fana, a nie artystę. Jest tu wiele odniesień i mnóstwo przewidywalnych oraz banalnych pomysłów i nic do powiedzenia. A pisze to fan jego poprzednich filmów, takich jak „Watchmen”, czy „300”. Tamte produkcje były jednak w większości odtwórcze. Snyder miał podane niemal na tacy co pokazać, kiedy i jakie przejścia robić.

W „Batman v Superman: Dawn of Justice” natomiast mamy po prostu zbiór kilku intrygujących pomysłów z kilkoma kompletnie niepotrzebnymi, zbiór czasem nawet REWELACYJNYCH scen, z takimi, przy których przewraca się oczami. A wszystko to połączone jest bez ładu i bez składu. Zarówno scenariusz i montaż zdają się być tego przyczyną. Pierwsza połowa przeskakuje z jednego wątku do drugiego bez jakiegokolwiek logicznego połączenia. Superman ma swoje problemy i żyje w prawie kompletnej nieświadomości działań Batmana. Problem jest tak oczywisty i rażący, że nawet osoby, które profesjonalnie nie zajmują się filmem, spokojnie go zauważą. Być może niektórzy będą z tego zbioru scen zadowoleni, ale ja spodziewałem się czegoś więcej. Czegoś dojrzalszego, czegoś, do czego WB/DC zdaje się dążyło, ale gdzieś po drodze się pogubiło w tej ilości pomysłów na ten film. Pozostaje jeszcze nadzieja, że zapowiadana wersja reżyserska naprawi część z tych składniowych problemów, ale jeśli to się stanie, pozostanie pytanie, czemu ta wersja nie trafiła do kin.

Jeśli chodzi o sprawy techniczne, to stoją one na wysokim poziomie. O ile czasami niepotrzebnie wieje sztucznością (z sentymentem wspominam wspaniałe praktyczne pościgi z Batmobilem z trylogii Nolana), to spece od efektów spisali się tak dobrze, jak tylko mogli. Zdjęcia do filmu nie powalają na kolana, ale należą się brawa za niesamowite przedstawienie pojedynku Batmana z Supermanem. Jest też kilka ujęć, które żywcem przypominają te, które można było zobaczyć na stronach komiksów (głównie z „Powrotu Mrocznego Rycerza”). Ogólnie nie uświadczymy pięknych panoram lub oryginalnych pomysłów realizatorskich, ale „Batman v Superman: Dawn of Justice” i tak wyróżnia się na tle innych filmów z tego gatunku. Widać, że jest tutaj jakaś kreatywna wizja. Przynajmniej wizualnie.

Zawiodłem się natomiast na muzyce. Hans Zimmer jest jednym z najlepszych współczesnych kompozytorów. W ostatnich kilku latach być może nawet stworzył lepsze motywy, niż niekwestionowany mistrz wszech czasów, John Williams. Tutaj jego współpraca z Junkie XL nie wypadła zbyt korzystnie. Motywy z poprzedniego filmu sprawdzają się nadal dobrze, choć nie są użyte w równie mocno emocjonujących scenach. Największy zawód to jednak muzyka stworzona dla Batmana. Jest nią po prostu głośne dudnienie, które słuchane poza filmem wypada jeszcze gorzej. Stwarza wrażenie wręcz nie do zniesienia.

batman-v-superman-dawn-of-justice_bb788b6f

Ostatecznie bardzo ciężko poddać ocenie produkcję Snydera. Nie jest to absolutna porażka, jaką sugerowałyby wyniki na serwisach filmowych, takich jak Rotten Tomatoes. Nie mamy również jednak do czynienia z dobrym filmem. Czas leci szybko i sceny akcji w większości robią wrażenie, jednak ciężko powiedzieć, że oglądanie sprawia przyjemność, a na pewno nie odczuwamy emocjonalnego przywiązania. Wielcy fani Batmana, tacy jak ja, powinni znaleźć w tej produkcji kilka naprawdę udanych scen, które potrafią przysłonić część ogólnych minusów. Czy warto film obejrzeć? Oczywiście – to pojedynek Batmana z Supermanem, na który tak bardzo czekaliśmy i o ile powód tego pojedynku pozostawia wiele do życzenia, to sama fizyczna konfrontacja powinna Was zadowolić. Czy konieczne jest pójście do kina? Jeśli jest się fanem Mrocznego Rycerza to tak, w przeciwnym wypadku – niekoniecznie. Myślę, że lepszym pomysłem będzie poczekanie na wersję reżyserską i albo nadzieja na załatanie pewnych dziur, albo po prostu przewijanie do tych scen, które rzeczywiście warte są ponownego obejrzenia.

Plusy:

  • fizyczny pojedynek Batmana z Supermanem,
  • pierwsze pojawienie się Batmana,
  • nawiązania do komiksów,
  • wysokie aspiracje,
  • efekty specjalne,
  • zdjęcia.

Minusy:

  • reżyseria,
  • niedopracowane postacie,
  • nierozwinięte motywacje,
  • montaż,
  • muzyka.

Ocena: 3 nietoperka

Recenzował: LelekPL