
„I’m coming after all of you. And hell’s coming with me.”
Złoczyńcy Batmana są bardzo charakterystyczni, wielu z nich ukształtowało tragiczne wydarzenia. Czy to wystarczający powód by poświęcać im osobne filmy? Tak. „Clayface” udowadnia, że siła takich postaci nie jest uzależniona od bohatera Gotham City, to nie on ich stworzył, ale ich własne wybory.
Film Jamesa Watkinsa, z Tomem Rhysem Harriesem w roli tytułowej opisywany jest jako thriller grozy, w którym nie brak motywów rodem z body horrorów, ale przede wszystkim to kino zemsty. Wyraźnie odczuwa się tu klimat z filmów z lat 80., w których taka tematyka była mocno eksponowana, a także w filmach grozy z Vincentem Pricem, jak chociażby „Krwawy teatr”, który ma pewne wspólne motywy z najnowszą produkcją DC Studios. „Clayface’owi” można by więc zarzucić powtarzanie sprawdzonych wzorców i schematów. Jednak czy brak większej oryginalności musi oznaczać, że film nie jest warty uwagi widzów?
Głównym bohaterem jest Matt Hagen, aktor który właśnie wchodzi na szczyt, i wygląda, że ma cały świat u swoich stóp. W takich chwilach nie powinno się wracać do Gotham City. Jedna noc przekreśla karierę i dotychczasowe życie naszego bohatera. Kiedy wszystko zawodzi nic dziwnego, że podejmuje on ryzyko i bierze udział w eksperymentalnej terapii. Twórcy nie odwracają kamery pokazując nam oszpeconą twarz Matta. Nawet kiedy ta ukryta jest za plastikową maską, budzi to dyskomfort. Charakteryzacja jest realistyczna, w tych bliznach nie ma nic groteskowego, czy sztucznego. Współczujemy mu i rozumiemy dlaczego jest gotów zaryzykować swoje życie. Robi to by odzyskać to co stracił, ale jak się okazuje wszystko ma swoje konsekwencje. Sam Matt nie jest krystaliczny, ale te aspekty są zbyt słabo zaznaczone. Chęć wybicia się ze slamsów Gotham napędzała go i to jego ego doprowadziło go do sytuacji w której się znalazł.
Przemiana Hagena następuje etapami. Początkowo z przerażeniem odkrywa on nowe właściwości swojego ciała. Jednak wraz z rozwojem akcji i kolejnymi katalizatorami widać, że nie tylko zaczyna panować nad swoja tkanką ale też ją wykorzystać do swoich celów. Pragnienie zemsty okazuje się silniejsze niż powrót do dawnego życia.

„Clayface” jak na kino komiksowe ma średni budżet i brak tu wielkich nazwisk w obsadzie. Pamiętajmy, że ekranizacje komiksów, czy produkcje nimi inspirowane nie zawsze muszą być superbohaterskimi produkcjami. Można realizować skromniejsze filmy, bardziej intymne i w innych gatunkach. Pod tym względem film Watkinsa się sprawdza. Praktyczne efekty, ta rozpływająca się twarz, do tego nie potrzeba CGI. Wizualnie, transformacje bohatera są bez zastrzeżeń. Nie ważne czy to zmiana kształtu ręki, czy całej twarzy. Na ekranie nie musi być przez cały czas obecny gliniasty potwór. Większy dyskomfort i przerażenie wywoła realistycznie oszpecona twarz, czy zbliżenie ostrych przedmiotów do ciała. Nie trzeba epatować tryskającą krwią, czy nadmiarem brutalności by wstrząsnąć widzami. W tym aspekcie „Clayface” wypada bardzo dobrze. Swoje robi też klimat Gotham City pokazywane często w deszczowej aurze i z licznymi śmieciami na ulicach. Widać, że to miasto, a zwłaszcza jego gorsze dzielnice mają problem. Władza i instytucje nie działają dla dobra mieszkańców. Korupcja, zastraszanie mają się bardzo dobrze i tego ofiarą pada Matt Hagen.
Niestety nie wszystko trzyma taki poziom. Tom Rhys Harries ze swoim szerokim uśmiechem doskonale wpasował się rolę młodego aktora i ma okazję pokazać różne oblicza Hagena. Wybrzmiewają tu echa klasycznego filmu „Niewidzialny człowiek”, gdy pod wpływem nowych możliwości do głosu dochodzi jego złe ja. Reszta aktorów nie ma okazji by dodać coś ekstra do swoich postaci. Z łatwością można przypisać je do schematycznych kategorii. Szkoda, bo w obsadzie dostrzec można kilku aktorów z popularnych seriali, którzy przy lepszym materiale mogliby zdziałać więcej. Problem mam też z odbiorem wątku romantycznego, który wypadł nieprzekonująco, a jak się okazuje jest dość istotny dla punktu kulminacyjnego.
„Clayface” ma wiele dobrych elementów i udanie wprowadza tytułowego złoczyńcę. Budzi dyskomfort, którego się oczekuje po takim kinie. Akcja rozgrywa się w Gotham City, wspomniane jest Coast City, ale na siłę nie próbuje się umieszczać jakichś komiksowych odniesień, to samodzielny film. Mamy tu do czynienia z historią Matta Hagena, nie ma tu potrzeby wprowadzania innych bohaterów, jego tragiczny los w zupełności wystarcza. Kwestią otwartą pozostaje jednak, czy przy powtórkach wady, czy zalety produkcji będą przeważać. Nic jednak nie zmieni tego, że powstała ciekawa produkcja, nie rewolucyjna ani specjalnie odkrywcza, po prostu solidna i dostarczająca określonej rozrywki.
Ocena: 3,5 nietoperka

Recenzował: Q




